Niech przemówi język ducha… (4LKl 35)

Praca nad duchowym rozwojem może postawić nas przed problemem, którego nie da się ominąć. Problem ten dotyczy języka, w jakim mówi się lub opisuje życie duchowe. Z pewnością napotykamy go pośród mnogości przeróżnych tekstów, książek, konferencji i kazań.

Wiele sióstr - tak przynajmniej sprawa przedstawia się w klasztorach, które znam – czyta często Pismo święte. Przebywa wtedy w świecie opisanym według wiedzy i kultury semickiej. W późnych księgach Starego Testamentu i w Nowym Testamencie jest obecna mocno kultura hellenistyczna. Jeśli jednak mamy do czynienia z większością książek religijnych, a szczególnie podręczników do duchowości, napotkamy wykład oparty na systemie scholastycznym, przede wszystkim na szkole tomistycznej (łac. schola, stąd scholastyka). Szkoda, że nasi Bracia nie przebili się z systemem wypracowanym przez św. Bonawenturę i innych, czyli ze szkołą franciszkańską. Ale dominikanom pomogła tu decyzja papieża. To jednak nie wszystko. Wiemy, że od czasu św. Tomasza upłynęło parę stuleci, nauki bardzo się rozwinęły i wśród autorów napotykamy takich, którzy używają języka współczesnego - języka personalizmu i psychologii. Niestety nie są to dziedziny wiedzy tak szacowne, jak stary styl i dlatego wzbudzają emocje, a nawet lekkie niedowierzanie. Wiele osób wychowanych na dawnym stylu teologicznym powie – nawet słowami Ewangelii – „stare jest lepsze”. Niełatwo zatem dziś wybrać autorytet. Warto spostrzegać te odmienności, gdyż pomoże to bardzo w budowaniu swojej osobistej duchowości. Jezus mówi, aby przede wszystkim budować na skale, nie na piasku. Mnie zaś chodzi o podpowiedź, w jakim stylu możemy ubogacać lub ozdabiać nasz wewnętrzny dom. To, co tu opiszę jest wielkim skrótem, bo nie chcę nikogo zanudzić, ale raczej zainspirować.

Wiele mówi się o specyficznym rozumieniu człowieka w kulturze semickiej. Serce myśli, nerki i wątroba odczuwają emocje, nawet kości potrafią odczuwać radość, natomiast krew niesie życie, a poznanie religijne istnieje dzięki tchnieniu Bożemu. Taki człowiek: cały, w ciele i krwii, fizycznie był zwrócony ku Bogu, był jego własnością. Rozwój duchowy polegał na byciu z Panem: całym sercem, ze wszystkich sił (por. Pwt 6). A co ze światem? Był stworzony przez Boga i w całości do Niego należał tak, że semita mógł modlić się do Niego w świątyni, wołać do Niego z krańców ziemi, nawet z otchłani, z głębokości (np. Ps 139). Bóg jest zawsze blisko, to człowiek odchodzi od Niego, ucieka w nieposłuszeństwo i grzech. Ale nawet wtedy Bóg czuwa nad nim, jak nad Kainem, Samsonem, Dawidem, Achabem, Jonaszem, Tobitem.

Kultura hellenistyczna wprowadziła do języka biblijnego wyraźne rozróżnienie na cielesny, psychiczny i duchowy wymiar człowieka. Źródłem tego myślenia była min. szkoła Platona. Ciało było lekceważone, bo starzało się, przemijało, obciążało lotny umysł – jak stwierdza autor księgi Mądrości (Mdr 9, 14nn). Psychika to sfera praktycznego rozumienia, uczucia i zastosowania wiedzy, natomiast duch (gr. pneuma) nosił w sobie odzwierciedlenia idei, doskonałości rzeczy. Ta najwyższa sfera ludzkiego działania predysponowała do zachowania etosu,  do szlachetności, do bycia „Człowiekiem”. Tak rozumie człowieka św. Paweł w swoich listach (1 Tes 5,23; Ga 5,16-25). Trzeba o tym pamiętać, gdy czytamy Nowy Testament. Najlepszą drogą rozwoju i szczęścia człowieka jest przyjęcie nieśmiertelności dzięki Duchowi Jezusa Chrystusa. Nie sposób tutaj przedstawić całego bogactwa rozumienia człowieka. Ten helleński podział jest jednak dla nas chrześcijan bardzo ważny, dlatego, że większość Nowego Testamentu jest nim naznaczona.

Ale oto wchodzimy w dalszą historię chrześcijaństwa. Apostołowie przynoszą wiarę Rzymianom. Tradycja filozofów stoickich (najbardziej znanym chyba jest cesarz Marek Aureliusz), z ich umiłowaniem etycznej doskonałości, dużo wniosła w tradycję chrześcijańską, ale też oddaliła nas od dosłowności semickiej. Nie ma też miejsca na emocje, spontaniczność. Stoicy uznawali uleganie uczuciom za niedojrzałość godną dzieci, a nie szanujących się dorosłych. To przetrwało trochę w duchowości prawosławnej. Hezychia – to styl duchowy, w którym wygasza się poruszenia, aby być na wzór Boga: nieporuszonym, niezmiennym, nie ulegającym zmianie.

Wracając na zachodni obszar chrześcijaństwa w biegu historii dostrzegamy załamanie się kultury antycznej i formowanie się epoki średniowiecza. Chodzi o czas rozchodzenia się kultury wschodniego i zachodniego chrześcijaństwa, czas naszych świętych: Franciszka i Klary, Bonawentury, Jana Dunsa Szkota oraz czas tworzenia się uniwersytetów. Człowiek był częścią grupy, społeczności, a modlitwa była przede wszystkim liturgiczna. Zanim powstały traktaty scholastyczne, świat i wiarę poznawano z Biblii i jej komentarzy, a sprawy świeckie z kodeksów rzymskich np. Kodeksu Justyniana. To tam mnisi byli uznani za grupę społeczną w państwie i mieli specyficzną rolę. Ośmielam się twierdzić, że do dziś wiele społecznych stereotypów pochodzi z czasów Justyniana. Także nasze własne rozumienie roli zakonników, klasztorów i zakonów podlega nadal tym stereotypom.

Rozpowszechnienie szkoły tomistycznej, zwłaszcza po udzieleniu wsparcia papieskiego autorytetu, sprawiło, że człowiek i świat zaczął być opisywany według koncepcji zaczerpniętej z pism Arystotelesa. Dlaczego? Tomasz wykorzystał pisma Arystotelesa, który chciał skorygować nauczanie Platona, ale oparł je na innym modelu. Według niego istnieje materia i forma, ciało i dusza, fizyka i metafizyka. Tak rozumiany człowiek działa albo w porządku cielesnym, albo duchowym. Czyny i uczucia niższe (instynkty) należą do porządku cielesnego: jego władzami są zmysły, wyobraźnia, rozum praktyczny. Porządek duchowy to cnoty, uczucia wyższe i myśli: władzami duchowymi  są pamięć, wola i intelekt. Zauważmy, że naturę człowieka opisano inaczej niż w Biblii: jest tylko ciało i dusza jako natura, łaska jest nadprzyrodzona, supernaturalis. Przychodzi spoza natury, jest mistyczna i nie podlega rozumowaniu. Cały świat Boży staje się supernaturalis. W tym rozumieniu biblijny semita pewnie już by się nie odnalazł.

Ale oto przychodzi humanizm, odkrycie astronomiczne i geograficzne, odnawianie się zakonów, a w końcu reformacja i wojny religijne, które kulminują się w Rewolucji Francuskiej 1789 r. To bardzo duży skrót, ale ważny, by zaobserwować kształtujące się kolejne style duchowości: devotio moderna, która rozpowszechniła się wśród świeckich poza modlitwą liturgiczną. Powstało też przekonanie, dzięki Erazmowi z Rotterdamu i na skutek wojen religijnych, że człowiek ma nienaruszone prawo do wolności sumienia i sam decyduje jak ma wierzyć, jak być chrześcijaninem. Duchowość staje się coraz bardziej wewnętrzna, introspekcyjna, subiektywna. Paradoksalnie: pisanie dzienników i autobiografii duchowych miało pomóc inkwizytorom (szczególnie w Hiszpanii), a rozpowszechniło się jako pobożna praktyka wśród wiernych i to na wiele stuleci.

Dyskusje z reformatorami oraz prace encyklopedystów francuskich doprowadziły do przekonania, że duchowość nie jest koniecznym elementem dla naturalnego życia człowieka. Powstają pierwsze teksty świadomie odrzucające Boga, religię, a szczególnie instytucjonalny Kościół. Kontrreformacja katolicka tworzy dwie drogi. Jedni kaznodzieje zachęcają do pobożności oczyszczonej z „niedojrzałych” i ośmieszonych elementów, powściągliwej i intelektualnej. Po Soborze Trydenckim propaguje się ćwiczenia pobożne oparte na zbiorach zatwierdzonych modlitw, medytacji, traktatów. Dobrze wychowywali do tego m.in. jezuici i ich ćwiczenia. Duchowość ma odpowiadać wytyczonym regułom i treściom, a wierność tym zasadom jest wyznacznikiem cnoty. Ale inni kaznodzieje rozbudzają „głód Boga” w człowieku, poprzez opowiadanie o Jego człowieczeństwie, bliskości, miłości, aż sam Jezus przychodzi do św. Małgorzaty Marii i sam opowiada o Sercu, które tak bardzo umiłowało. Mistyka jednak nie miała już swobody. Formacja trydencka, a raczej potrydencka, zdominowała sposób rozumienia i weryfikowania drogi duchowej.

Filozofia oświeceniowa, a potem romantyczna, artystyczne poszukiwania pierwotnego piękna i mądrości w kulturach wschodnich, rewolucja przemysłowa i powstanie ideologii komunistycznej, jeszcze bardziej utwierdziło duchowych pasterzy do zachowywania jednoznacznych i sztywnych zasad prowadzenia dusz. Gdy do tego dołączyły się jeszcze badania duszy rozumianej nie duchowo, ale biologicznie, czyli psychologia etapu Freuda lub Junga, to kryzys na linii sacrum –  profanum był nieunikniony. W tamtej epoce świat i cielesność stały się martwą materią, poddaną technicznej obróbce. Za to pod karą potępienia należało „zbawić swą duszę”. Bóg, daleki i suwerenny, udziela swej laski, przede wszystkim sakramentalnie. Do tego należy się przygotować spełniając konkretne warunki, utożsamione najczęściej z zewnętrzną dyscypliną.  Znamy taką formację m.in. z Dzienniczka św. Siostry Faustyny – chodzi mi o jej rachunki sumienia. Czy w takiej pobożności nasz semita czułby się jeszcze „człowiekiem”?

Napięcie między życiem kościelnym a świeckim, osiągnęło kulminację, gdy Święte Oficjum wpisywało na Indeks ksiąg zakazanych kolejnych autorów, a od księży domagało się „przysięgi antymodernistycznej”. Odrzucono w ten sposób m.in. dialog z naukami przyrodniczymi i dzieła Teilharda de Chardin, ekumenizm do którego zachęcał Yves Congar. Także Hans Urs von Balthasar został pozbawiony praw kapłańskich za promowanie duchowości osób świeckich. Dziś przywrócono im  jednak autorytet.

Na szczęście Duch Boży stale czuwa nad Kościółem, a Sobór Watykański II zwołany przez świetego papieża Roncalli stał się szczęśliwym rozwiązaniem tego napięcia. Pozwolono na nowe spojrzenie na świat, na człowieka, na jego osiągnięcia, troski i lęki; spojrzenie na nadzieję daną nam w Jezusie Chrystusie, na możliwość dialogu ze środowiskami , które stały się obce wierze, a przecież nie pozbawione wartości ludzkich. Kolejni papieże: św. Paweł VI, św. Jan Paweł II, Benedykt XVI i Franciszek wciąż uczą nas tego nowego, soborowego języka. Tymczasem psychologia przed którą przestrzegano środowisko religijne, dzięki rozwojowi pojęć, doświadczeń, badań (V. Frankl, C. Rogers, E. Erikson, E. Berne, L. Rulla) stała się bardziej adekwatna i obiektywna, dlatego wraz z filozofią personalistyczną zdołała wypracować sobie wartość w oczach stróżów wiary i moralności. Pomyślmy o wielkim dziele jezuitów i salezjanów w dziedzinie wychowania chrześcijańskiego młodzieży i antropologii powołania. Czy A. Cencini nie zasłużył także na swój autorytet?

Dziś nie sposób wyobrazić sobie duchowego rozwoju bez pomocy psychologii. Wielu duszpasterzy z niej korzysta. I tak też są pisane książki, wygłaszane konferencje. Jak się w tym odnajdzie nasz biblijny semita? Na pewno może się poczuć znów zintegrowany, cały zaangażowany w kult, w wiarę, w nadzieję, miłość. Otrzymuje jednak nową lekcję: jest pielgrzymem czasu (Franciszek, Evangelii gaudium, 222-225), podlega prawom rozwoju. Nie od razu może wymagać od siebie heroicznej świętości, bo mu się układ nerwowy załamie. Odzyskał jednak wszystkie swoje uczucia, którymi może modlić się do Boga w różnych sytuacjach (por. Ps 1 - 150). Potrzebuje przygotować - przez lekturę - pojęcia, którymi posłuży się, by doświadczenie Bożych dotknięć i znaków czasu wyrazić i nazwać przed własnym sumieniem lub przed drugim człowiekiem. Jego zadaniem jest ciągłe korygowanie, odnawianie, rozumienia (umysłu – gr. nous, pneuma), aby rozpoznawać wolę Bożą: co jest dobre, przyjęte przez Boga, co jest doskonałe (por. Rz 12,2). Potrzebuje zatem sprawdzać swoje rozumienie świata, aby nie budować ochronnych iluzji, ale „dom na skale”. W egzystencjalnym (ontologicznym) napięciu między przemijaniem, a świadomością wiecznego trwania, człowiek jest kosmicznym pyłem zdolnym powiedzieć w tym bezkresie „ja jestem” - oto jego bliskość z Bogiem, podobieństwo, synostwo Boże. Oto nasz semita, na nowo w relacji ze swoim Bogiem.

Wielu autorów mówi do nas dziś w różnorodności używanych języków. Jedną z piękniejszych lekcji dał nam nieodżałowany ks. Krzysztof Grzywocz („Wartość człowieka”, „Kierownictwo duchowe a uczucia niekochane”, „Patologia duchowości”, „Ból ludzkich zranień”), ale pewnie jest jeszcze wielu innych, których cenimy. Tymczasem jest nam potrzebne przyzywanie Ducha Bożego, Ducha mądrości i zrozumienia (por. Ef 1,15-19; 3, 1-21), aby wśród tej mnogości języków, w których przedstawia się nam drogę duchową, zaistniała nieodzowna Pięćdziesiątnica i aby to mówienie osiągnęło swój cel.

s. Ewa Hop OSC, Kraków

Opublikowano 20 czerwca 2020 r.
Powered by CuteNews


Intencje

Jeśli chcesz, abyśmy modliły się razem z tobą, w twoich intencjach – napisz do nas:





Ofiary

Jeśli chcesz nas wesprzeć materialnie:
PKO BP I ODDZIAŁ W KRAKOWIE
Nr 58 1020 2892 0000 5902 0161 5863

Kontakt

KLASZTOR SIÓSTR KLARYSEK
ŚW. ANDRZEJA APOSTOŁA W KRAKOWIE
ul. Grodzka 54, 31-044 Kraków

tel. +48 12 422 16 12
klaryski@klaryski.pl